Niebezpieczna więź. Jesus Christ Superstar w teatrze Rampa.

Tekst powstał w 2019 roku. Zdecydowałam się opublikować go rok później, przed rozpoczęciem kolejnego sezonu Jesus Christ Superstar w Teatrze Muzycznym Rampa.

Jeśli wolisz słuchać, niż czytać, zapraszam do wersji audio, która nie odbiega mocno od poniższego tekstu.

Spotify:

Youtube:

Warkocz. To słowo najtrafniej opisuje stan, do którego doprowadzili mnie aktorzy teatru Rampa. Brzmi to co najmniej dziwnie, wiem. Już spieszę z wyjaśnieniem tej metafory.

Wyobraź sobie, że ktoś zaplata z Twoich wnętrzności ciasny warkocz (dla niedoświadczonych w tym względzie może być kucyk). Teraz wyobraź sobie, że za każdym razem, gdy Twoje myśli zaczynają krążyć wokół spektaklu (na przykład non stop, jeśli to dzień po), ktoś ściska ten warkocz (kucyk) jeszcze mocniej, pociągając za jedno z pasm. Tak właśnie czułam się przez kilka dni, po ostatnim w tym sezonie spektaklu Jesus Christ Superstar w Teatrze Rampa. Emocje trzymały mnie w silnym splocie, który staje się luźniejszy z upływem czasu, jednak wiem, że będzie mnie trzymał już do końca życia.

Jezus w tRAMPkAch

Spektakl Jesus Christ Superstar w Rampie, cieszy się coraz większym powodzeniem już piąty sezon, i choć mogłoby się wydawać, że oglądanie w kółko jednego spektaklu odgrywanego według tego samego scenariusza, jest nielogiczne, to ja powiem Wam, że moje emocje i uwielbienie rosną wprost proporcjonalnie do liczby obejrzanych spektakli.

Za warszawską inscenizację, która jest czwartą w Polsce, odpowiedzialni są Jakub Wocial (jednocześnie odtwórca głównej roli) oraz Santiago Bello.


Razem stworzyli widowisko, które dotknie każdego, wprowadzając Widza w świat silnych emocji i bardzo osobistych wrażeń.


Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, na przykład dlaczego zatytułowałam ten akapit „Jesus w tRAMPkAch” lub jakie nazwiska kryją się za tym całym przedsięwzięciem, to wszystkie ważne informacje znajdziecie na stronie teatru.

Trzy razy Sztuka

Gdy byłam na studiach, siejący postrach profesor nauczył mnie zwracać uwagę na odpowiednie dobieranie słownictwa. Nie myślałam, że doprowadzające nas do szału słownikowe czepialstwo i półtoragodzinny wykład o różnicy między inscenizacją a spektaklem, przywali mi kiedyś tak ostro w twarz.

Jedną z niewielu rzeczy, które zapamiętałam ze studiów, jest świadomość, że spektakl a inscenizacja to pojęcia, które należy traktować jak dwa osobne byty. Bo spektakl jest tu i teraz, i za każdym razem będzie inny, nawet jeśli wszyscy będą postępować według tego samego scenariusza. 

Rampowego Jezusa widziałam do tej pory trzy razy (choć wiem, że są i tacy, którzy chodzą na 7 spektakli w sezonie). Miałam to szczęście oglądać spektakl w dwóch różnych miejscach, z trzech perspektyw i z różną obsadą. Zauważyłam, jak ze spektaklu na spektakl, rosło moje zaangażowanie emocjonalne. 

Jezus po raz pierwszy. Na swój pierwszy spektakl Jesus Christ Superstar poszłam z czystej ciekawości, nakręconej dodatkowo przez Martę z kulturalniewybredna.pl. Mogłam zobaczyć wtedy wszystko w nieco innej odsłonie, ponieważ nie odbył się w Teatrze Rampa, a w CKK Jordanki ,w ramach Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej w Toruniu. Uchylając rąbka tajemnicy – w tamtym czasie byłam nadwornym fotografem Jordanek, więc mój pierwszy odbiór musicalu, a właściwie pierwszych 3 utworów, zmieniał się w zależności od użytego obiektywu. Obejrzyj fotorelację.

Nie przygotowywałam się w żaden sposób przed spektaklem. Nie sprawdzałam obsady – nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia – nie czytałam recenzji, nie słuchałam utworów, nie tworzyłam w głowie żadnych oczekiwań. 

W pewnym momencie spektaklu usłyszałam głos. Znajomy głos. Któreś synapsy w moim mózgu styknęły się odpowiednio i doszły do wniosku, że właścicielką owego głosu była Natalia Piotrowska (Teraz już Natalia Piotrowska-Paciorek). I właśnie wtedy, między mną a tym spektaklem, powstała pierwsza niteczka przywiązania.


Całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie i wiedziałam już, że gdy tylko przeprowadzę się do Warszawy – nie mogę odpuścić i muszę zobaczyć ten spektakl jeszcze raz. 


Jezus po raz drugi. Jesus Christ Superstar wraca w okresie wielkanocnym, który również często zgrywa się czasowo z moimi urodzinami. Kiedy tylko zobaczyłam, że jeden ze spektakli jest zaplanowany na 9 kwietnia, od razu wiedziałam, że właśnie tak chcę spędzić ten dzień. 

Gdy dzień moich urodzin w końcu nadszedł, w brzuchu zaczęły budzić mi się motyle. Pierwszy raz miałam zobaczyć ten spektakl w teatrze-matce. Różnicę odczułam już podczas wejścia na salę.

Za drugim razem widziałam wszystko lepiej i wyraźniej. I to wcale nie dlatego, że wyczyściłam okulary na tę okazję. Zauważałam więcej szczegółów, których nie dostrzegłam przy pierwszym podejściu. Tym razem byłam bliżej sceny, a rozmiary Teatru Rampa sprawiają, że na spektaklu trzeba skupić całą uwagę na aktorach. To nie gigantyczna scena, gdzie obraz widzi się jak na ekranie tabletu położonego na kolanach. Emocje są nam wyśpiewane prosto w twarz.
I chociaż uważam, że ten spektakl zasługuje, by grać go na największych scenach świata, to sama wolę nieco bardziej kameralne spotkania teatralne.

Z teatru wyszłam wstrząśnięta. Nie mogłam spać. Tym razem wytworzyło się milion emocjonalnych niteczek, z których powstała swoista więź między mną a rampową inscenizacją. Od tamtej pory zwracałam uwagę na całość. Nie było mi obojętne czy w Marię Magdalenę wcieli się Natalia Piotrowska czy Agnieszka Przekupień. Emocje, które wzbudził we mnie Jakub Wocial w roli Jezusa, nie byłyby takie same, gdyby tę rolę grał ktoś inny. Śmierć Judasza mogłaby nie być najpiękniejszą śmiercią jaką widziałam, gdyby nie zagrał jej Sebastian Machalski.

Dopisek po roku: w tym sezonie obsada jest nieco zmieniona. Nie zobaczycie Agnieszki ani Sebastiana, a w rolę Jezusa po 10 marca wcieli się Maciej Podgórzak. Aktualną obsadę znajdziecie tu.

Jezus po raz trzeci. Tutaj można już bez skrupułów mówić o Jezusomanii. Był to mój trzeci spektakl, jednak pierwszy raz w pierwszym rzędzie. Mogę nawet powiedzieć, że każdy z trzech spektakli, był na swój sposób pierwszym. Pierwszym w ogóle, pierwszym w Rampie, pierwszym w pierwszym rzędzie. I tak jak za pierwszym razem czułam zachęcenie, za drugim ekscytację, tak za trzecim w momencie zajęcia miejsca na widowni – hiperwentylowałam.

Znałam już przebieg zdarzeń, kolejność każdego utworu. Za trzecim razem aktorzy powalili mnie do tego stopnia, że nie mogłam się podnieść przez tydzień. Inaczej ogląda się spektakl z daleka, nie znając aktorów, a inaczej jest gdy mamy ich dosłownie na wyciągnięcie ręki, znamy ich imiona, możemy obserwować ich życie prywatne.

Dodatkowo był to ostatni spektakl w sezonie, co wiązało się z możliwością spotkania ze wszystkimi artystami po spektaklu.


Uważam, że nie ma słów, które trafnie oddadzą stan, do którego doprowadziła mnie cała ekipa pracująca nad Jezusem w Rampie. Ten spektakl trzeba po prostu zobaczyć.


Mam jednak jedną radę – Jesus Christ Superstar za pierwszym razem lepiej obejrzeć nie z pierwszego, lecz z dalszego rzędu, tak żeby móc wzrokiem objąć całą scenę bez ruszania głową. Wtedy zobaczycie najlepiej inscenizacyjne, symboliczne smaczki. Na oglądanie trampek z bliska, przyjdzie czas później.

Co z czwartą ścianą?

Czwartą ścianę w teatrze, która oddziela widza od aktorów/spektaklu, dobrze jest przełamać. Mam wrażenie, że widz lepiej zapamięta cały spektakl, jeśli stanie się jego częścią. W przypadku inscenizacji Jesus Christ Superstar w Teatrze Rampa, czwarta ściana została…przesunięta, a spektakl nie zaczyna się w momencie wejścia aktorów na scenę. Zaczyna się on dla każdego indywidualnie, w momencie przekroczenia progu sali teatralnej, gdzie aktorzy już na nas czekają. Wejście w spektakl odczuwamy kilkoma zmysłami. Poza tym, co widzimy i dotykiem teatralnych foteli, w nastrój wprowadza nas również zapach. Jaki to zapach – nie powiem, ale uwierzcie mi, że go nie przegapicie.

Jak przetrwać do następnego sezonu?

Wspominałam już, jak ciężko było mi powrócić do codzienności, po zakończeniu czwartego sezonu. Mimo, że widziałam spektakl dwukrotnie, odczuwałam ciągły niedosyt i ogromy smutek, na myśl, że minie dużo czasu, zanim spotkam się z tym cudem ponownie.

Na zakończenie powiem, że nawet sam Jakub Wocial, nie był w stanie odpowiedzieć na moje pytanie 😉

Dzika droga – Cheryl Strayed.

Wakacje tuż tuż, więc postanowiłam wstawić tu tekst, który powstał rok temu a nie miałam okazji go opublikować.

Przez pierwszą połowę wakacji snułam się z kąta w kąt, wierząc, że tak właśnie powinny one w tym roku wyglądać. Błogie nicnierobienie i bezgraniczne lenistwo to w końcu stan tak bardzo pożądany podczas zapracowanych miesięcy. Na szczęście nie mogłam mylić się bardziej.